Edycja 2018 - miejsce I - Paweł Dybała – Dzień Człowieka

Ludzie nie istnieją.

Tę frazę powtarzali wszyscy, bez względu na płeć, wiek czy rasę. Nie zawsze brzmiała ona identycznie, lecz jej implikacje zawsze były takie same. „Mamo, przecież ludzi nie ma!” – wołały ze śmiechem elfie czy krasnoludzkie dzieci, wystarczająco duże, by nie bać się rodzicielki straszą-cej człowiekiem, który przyjdzie i zabierze do wora porozrzucane zabawki. Te, które umiały już czytać, pogrążały się w bogato ilustrowanych książeczkach o tytułach typu „Ludzie
i inne pra-dawne istoty”, zaś te jeszcze nieco starsze na lekcjach uczyły się na lekcjach historii o tym, jak przed wiekami rasa ludzka, przejawiająca wyjątkowo agresywne zapędy, przegrała w wielkiej wojnie ze zjednoczonymi rasami, co okazało się początkiem jej końca.

Akademicy lubowali się w dyskusjach o tym, czy ostatni człowiek umarł trzy i pół, czy może cztery wieki temu. Co jakiś czas ktoś odnajdywał nowe szczątki jakiegoś osobnika, na których podstawie wykonywano mniej lub bardziej sugestywne szkice ludzkich kobiet i mężczyzn.

Tak czy inaczej – jedno było pewne: ludzie nie istnieją.

Słyszał to tyle razy, że prawie w to uwierzył. Pewnie by i uwierzył, gdyby sam nie był człowiekiem.

Ojca nie znał wcale, matkę pamiętał mętnie. Urodziła go gdzieś w miejskich slumsach. Mógł się tylko domyślać, jak zarabiała na ich utrzymanie. Odeszła na tyle wcześnie, by nie zdążyć mu niczego wyjaśnić – i na tyle późno, by powiedzieć coś, co wyjaśnienia wymagało.

„Tak, jesteśmy inny niż wszyscy. Dlatego zapuszczamy włosy, by zakrywały uszy. Dlatego kry-jemy twarze za szmatami.”

„Jesteśmy ludźmi. Jesteś człowiekiem.”

Teraz, po kilkunastu latach, wiedział już, co to znaczy.

Nauczył się ukrywać. Nie było to aż takie trudne – szanowani mieszkańcy miasta traktowali żebraków jak powietrze, zaś tym, z którymi dzielił ten los, było w zasadzie wszystko jedno. Nikogo nie obchodziło, kim był zarośnięty, długowłosy mężczyzna w starym płaszczu z kapturem zawsze naciągniętym głęboko na czoło.

Dziś jednak było zupełnie odwrotnie. Szedł przez miasto z odsłoniętą twarzą, tu i ówdzie jesz-cze zaczerwienioną od golenia znalezioną w śmietniku brzytwą. Włosy, zwykle zmierzwione, spięte miał z tyłu w koński ogon. Jak zwykle czuł się nieswojo z myślą, że naprawdę tak właśnie wygląda. Jak co roku czuł, że paradoksalnie mniej czuje się sobą tego jednego dnia w roku niż w swej codziennej roli mieszkańca ulicy. Mimo to jakaś dziwna siła jak zawsze ciągnęła go na rynek, gdzie obchodzono doroczny Dzień Człowieka.

Jak zwykle, im bliżej centrum miasta, tym więcej mijał „ludzi”. Z początku przebierańcy pojawiali się sporadycznie, a z czasem ich grupki gęstniały, by na ulicach prowadzących do rynku zmienić się w istne korowody przedstawicieli różnych ras z nałożonymi na twarze magicznymi maskami. Jedne cechował pewien realizm, inne imitowały raczej znany z opowieści stereotypowy obraz człowieka. Z tłumu co i rusz spoglądały na niego twarze o wykrzywionych złośliwym grymasem obliczach, demonicznych uśmiechach czy ostrych kłach. Inne były względnie podobne do jego własnej – niektóre na tyle, że ich właścicieli można byłoby od biedy wziąć za ludzi, gdyby nie to, że większość zdradzał wzrost. On sam mógłby uchodzić za wyjątkowo wysokiego krasnoluda, wyjątkowo niskiego elfa bądź przedstawiciela którejś z rzadszych ras. Tak czy inaczej, był względnie bezpieczny. Prawdopodobnie był jedyną osobą w tłumie, która wtapiała się weń bez pomocy zaklęcia maski.

Wraz z korowodem dotarł wreszcie do rynku, na którym już rozpoczynały się uroczystości. Brnął przez tłuszczę przebierańców, torując sobie drogę wśród niecierpliwych syknięć i chrząknięć, by wreszcie, jak co roku, dotrzeć niemal pod główną scenę. Stanął obok kobiety w masce z gatunku tych realistycznych – na taki wizerunek najwyraźniej, w mniemaniu tego, kto rzucił zaklęcie, składały się wydatne do przesady kości policzkowe, wygięte w nienaturalnym uśmiechu krwistoczerwone usta oraz niepokojąco wielkie oczy, nad którymi górowała szopa jasnych jak słoma włosów.

– Świetne przebranie – zagaiła uprzejmie sąsiadka.

– D-dzięki – odparł, jak zwykle nieco skrępowany takimi komentarzami.

– Nawzajem.

– Otóż to! – zakrzyknął wesoło konferansjer, jakby wtrącając się do rozmowy. – Panie i pano-wie, czas na jeden z ważniejszych punktów dzisiejszego wieczoru! Przed nami ogłoszenie wyników konkursu na Miss Dnia Człowieka!

Mężczyzna stłumił ziewnięcie. Może dla wszystkich zgromadzonych było to w jakiś sposób istotne, on jednak nie przepadał za drętwymi przemowami dziewcząt w „ludzkich” maskach, za każdym razem skrajnie nieciekawymi, a zarazem nieodróżnialnymi od poprzednich. Czekał na wielki pokaz fajerwerków, a póki co o wiele ciekawsze było dlań obserwowanie przebranego tłumu.

Coś jednak wyrwało go z transu pełnego obrazów nieproporcjonalnych twarzy i groteskowych grymasów. Burza oklasków skłoniła go, by spojrzał na scenę – i zastygł w bezruchu.

Stał na niej człowiek. Młoda, ludzka kobieta, o twarzy będącej ucieleśnieniem ludzkich proporcji. Pamiętał takie rysy z dzieciństwa. Podobne, choć brzydsze, widywał, gdy przeglądał się w szybach bądź tafli wody.

Nie miał wątpliwości. Podczas gdy na scenie oficjele gratulowali dziewczynie wygranej i komplementowali jej maskę, on nadal trwał w niemej fascynacji, przekonany o słuszności swego odkrycia.

Miss Dnia Człowieka zeszła ze sceny, a on, wiedziony impulsem, znów zaczął mozolną wędrówkę przez tłum. Znów obracały się ku niemu demoniczne twarze, on jednak, niczym w tran-sie, wytrwale parł ku miejscu, gdzie z oczu zniknęła mu dziewczyna.

Jest.

Szła ku stojącemu nieopodal sceny namiotowi mijając szpaler machających do niej widzów. Zdążył do niego dołączyć tuż przed płachtą zakrywającą wejście.

Kobieta szła pełnym wdzięku krokiem, co i rusz przystając, by z uśmiechem uścisnąć wycią-gniętą do niej z gawiedzi dłoń. Z bliska jej rysy były jeszcze bardziej ludzkie i regularne. Poczuł, jak głos grzęźnie mu w gardle.

Wyciągnął dłoń. Dziewczyna zatrzymała się i ją uścisnęła.

– Ja… Ja… – wykrztusił, ściskając ją chyba zbyt mocno. – Ja… wiem, kim jesteś! – wypalił za-chrypniętym z przejęcia głosem. – Jestem taki jak ty…!

Z twarzy dziewczyny na moment zniknął uśmiech. W jej oczach, pięknych, proporcjonalnych, ludzkich oczach, pojawił się błysk niepokoju.

I zrozumienia.

– Nie wiem, o czym mówisz – rzuciła chłodno, po czym szybkim krokiem weszła do namiotu.

**

– Myślisz, że to właśnie o to mu chodziło? – zapytał mężczyzna opierający się o podporę na-miotu.

– A o co innego? – odparła dziewczyna. – Mówię wam, on wie.

– Świetnie. – mężczyzna nie skrywał irytacji. – A ostrzegałem, że udział w tym konkursie to proszenie się o kłopoty. Ale kto by mnie tam słuchał.

– Nawet jeśli wie – wtrącił się drugi z mężczyzn. Jego rysy, choć o podobnych proporcjach jak pozostałej dwójki, urozmaicały bruzdy zmarszczek. – To co to właściwie zmienia?

– Nic. – wzruszyła ramionami dziewczyna. – Gdyby doszło do tego choćby tydzień temu, mo-głoby to pokrzyżować nam plany. Ale teraz? Gdy nasi ludzie są już na stanowiskach? Gdy cała dywersja poszła tak, jak zaplanowaliśmy? Wszystko zaszło już zbyt daleko.

– Skoro o tym mowa – rzekł starszy z mężczyzn. – Zaraz się zacznie.

W pobliżu rozległ się huk. Po nim kolejny. Rozpoczynał się wielki pokaz fajerwerków.