Edycja 2018 - miejsce II - Karolina Król – Ewangelistka

Gdy kończą ci się pieniądze, na stole rośnie sterta rachunków, wydawcy się nie odzywają, w kwiaciarni pracują już inne dziewczyny, które nie nadają się do niczego innego, jak tylko układania kwiatów, ale mają więcej szczęścia niż ty – a przychodzi do ciebie diabeł i mówi, że ma dla ciebie pisarskie zlecenie – jeden wieczór pisania, pensja do końca życia jak na stanowisku państwowym – nie zastanawiasz się za długo. Po prostu to bierzesz.

Tego wieczoru czekałam na cud.

Właściwie jak każdego wieczoru od dwóch lat, od momentu, gdy na czwartym roku studiów dotarło do mnie, że dorosłość ssie, a ja najprawdopodobniej popełniłam błąd.

Wybierz studia, które będą cię pasjonować, mówili. Będzie fajnie, mówili.

Będziesz miała pracę, mówili.

Będzie bezrobotny magister. Ale z pasją!

Wzrok automatycznie wędruje do przywieszonej nad biurkiem tabliczki z mottem wypisanym zapewne gęsim piórem: Humaniści – być może najwięksi ryzykanci naszych czasów. Zabytkowa zapalniczka po dziadku czekała już kilka lat, by spalić tę bzdurę na popiół. Ale wciąż jeszcze miałam skrawek nadziei, który wstrzymywał płomień.

Tak, zderzenie z ziemią bolało. Rozpoczęło się rozpaczliwe szukanie jakiejś furtki, wyjścia alternatywnego, w końcu lepiej wiedzieć więcej niż mniej. I tak oto w CV mogłam wpisać zaocznie zdobyty tytuł technika florysty i kilkuletnie doświadczenie organistki (do każdej mszy z oka-zji setnych urodzin msza pogrzebowa gratis! I nie, nie zaśpiewam Shreka na ślubie).

Zawsze było mnie w sobie za dużo. Za dużo słów, które ulewały się ze mnie. Musiałam pisać. Inni robili sobie selfie, ja pisałam. To miało po mnie pozostać, słowa.

Tylko, jak się okazało, to było za mało. Słowa miały być źródłem utrzymania, ale na razie tylko ja się nimi karmiłam, nieświadomie uprawiając swój własny kanibalizm.

Dlatego gdy w ten piątkowy wieczór ktoś zadzwonił do drzwi, otworzyłam. Czekałam na cud. A gdy się pojawił, czy miałam jakikolwiek wybór?

Później kurier przyniósł mi paczkę. Otwarta niecierpliwymi palcami nie skrywała już swoich tajemnic. Wpatrywałam się w jedyne namacalne potwierdzenie tego całego szaleństwa. Nie wierzyłam już swojemu rozumowi, o nie, już dawno nie.

Na bileciku mój adres i moje nazwisko, a w środku, wśród cienkiego bladoróżowego pergaminu, strój w moim rozmiarze. Bardziej Moulin Rouge niż Red Light District, ale i tak byłam w szoku. Przecież nie włożę tego na trzeźwo. Pakujący ten prezent w jakiś magiczny sposób się tego domyślił; spod koronki bordowego stanika wystawała butelka szampana.

Do „balu” zostało kilkanaście godzin. Szampan był wyborny, jakimś cudem wciąż schłodzony, łaskotał delikatnie gardło. Szaleństwo. Istne szaleństwo. Napotkałam w lustrze swoje spojrzenie, rozbawiły mnie wciąż uniesione w lekkim zdziwieniu brwi. Zlustrowałam tę dziewczynę siedzącą po turecku na tapczanie. Wciąż w dresie, z przetłuszczonymi włosami, nieumalowana, wszem i wobec ukazując światu pryszczate oblicze, z paznokciami mającymi w sobie czarną obecność matki ziemi… Przeraziłam się.

Boże, do balu u szatana kilkanaście godzin, a ja wyglądam jak jakieś nieboskie stworzenie!

*

Kaplica przycmentarna na tę jedną noc powiększyła się o dziewięć pięter. Ogromny dziedziniec, otoczony rzędami kolumn pnącymi się po kolejnych kondygnacjach, rozświetlał ogień z kominków, pochodni i świec.

Zamaskowane postaci wydzielały z siebie ten specyficzny rodzaj gwaru, który na uroczystości towarzyszy pełnym oczekiwania chwilom, gdy najważniejszy gość jeszcze się nie pojawił. Goście poruszali się jakby eterycznie, jak widma, cienie uciekające przed światłem. Momentami można było odnieść wrażenie, że ich tam nie ma, a bogato zdobione marmurowe wnętrze, kandelabry, żyrandole i witraże to osnute kurzem i pajęczynami deski i strop, miotły, a także stary ołtarz, przy którym czasem jeszcze odprawiano nabożeństwa pogrzebowe.

Ale oto i on! Proszę państwa, jest wreszcie nasze wschodzące słońce, nadchodzi król piekieł i władca potępionych! U jego boku piękna i naga królowa Margot, za nimi posłusznie i jakby w onieśmieleniu stąpa ewangelistka wieczoru.

– To zjazd rodzinny – wyjaśnił szatan leniwie, gdy wielka kolejka składających mu pokłon powoli się zmniejszała. – Wszyscy się tu doskonale znamy. Te przed nami to siostry – wskazał siedem nagich dziewcząt. Jak wszyscy inni, na twarzach miały maski. – Najstarsza, Pycha, spójrz, jak zadziera nosek. Mam do nich specjalną słabość – wymruczał, pozwalając, by padały mu do stóp.

– To wszystko to twoja rodzina? – spytała dziewczyna.

Królowa syknęła.

– Trochę szacunku. Mów do niego „panie”.

Szatan machnął ręką.

– Owszem. Czy coś nie tak, najdroższa?

Ewangelistka powoli pokręciła głową, wpatrując się w kelnera. Miał czarny smoking z białą muszką, która momentami bardzo przypominała koloratkę.

– Wydawało mi się, że kogoś tu znam…

Szatan zaśmiał się cicho, podążył za jej wzrokiem.

– Tamten? Z tacą pełną kieliszków? A za kogo go uważasz?

Przełknęła ślinę.

– Jest bardzo podobny do mojego proboszcza…

Szatan roześmiał się ponownie.

– Ta chodząca w kościelnej sukience hipokryzja nie mogła skończyć inaczej, jak tylko tu, my dear.

Ewangelistka szybko odwróciła od kelnera wzrok, gdy wydawało jej się, że on złapał jej spojrzenie. Bała się, kogo mogłaby jeszcze rozpoznać wśród służby. Spojrzała na posadzkę w doskonałym momencie, by dostrzec tłustego szczura wielkości małego kota przebiegającego po jej bosej stopie. Pisnęła i wstrząsnęła się z obrzydzeniem.

– Notujesz wszystko? – szatan nawet na nią nie patrzył. – Chcę mieć pamiątkę.

Skinęła.

– Będzie jak zechcesz.

Królowa Margot znów syknęła, a ewangelistka uśmiechnęła się kątem ust.

– Może czas, by to ona odrzuciła twarz i w końcu na chwilę przestała być człowiekiem?

Szatan klasnął.

– Świetny pomysł! Najdroższa, chciałbym, byś stała się mi jeszcze bliższa. Pozwól.

Wstał i nakazał, by zrobiła to samo. Stanął za nią, nałożył jej coś na twarz, zawiązał. Poczuła chłód jedwabnych wstążek na plecach.

– Show time, my dear. Nie zapomnij notować.

A oni…

A oni zaczęli zdejmować maski. Jeden demon po drugim.

Na koniec Lucyfer stanął przed ewangelistką, poprawił krawat i pokazał swoją twarz.

A ona zaczęła wrzeszczeć.

*

Nie śpię.

Nie jem.

Czasem wydaje mi się, że to był jakiś alkoholowy amok.

Stałam się jego rękopisem, pergaminem w cyrograficzne bazgroły. Wykorzystał mnie do napi-sania swojej ewangelii, której ja nie chcę nikomu pokazać. Nie chcę jej ogłaszać, być jej świadkiem. Chcę ją spalić. Ściskam w ręku zapalniczkę po dziadku, patrzę na siebie i się nie poznaję. Dziewczyna w lustrze to nie ja.

Chciałam, by zostały po mnie słowa.

Ale nie takie.

Nikt ich nie przeczyta.

Nikt mi nie uwierzy.

Jestem jego rękopisem.

Podobno rękopisy nie płoną.

Sprawdzę to.