Edycja 2018 - miejsce III - Klaudia Sowiak – Współlokator

W niedzielę wieczorem idę do pracy na nocną zmianę. Gdy w poniedziałek, około szóstej rano wracam do akademika, zauważam w książce odbiorów kluczy nieznajome nazwisko znajdujące się tuż obok mojego. Sądecka. Do mojego segmentu wprowadził się ktoś nowy. Mam mieszane uczucia. Odwykłam od dzielenia kuchni i łazienki z kimś obcym, więc wiem, że będzie mi to przeszkadzać. Z drugiej strony znowu będę płacić mniej, niż gdy mieszkałam sama.

Mija tydzień. Nie widziałam Sądeckiej ani razu. Przy pracy na zmiany to prawdopodobne – możemy się mijać. Musi jednak przebywać w mieszkaniu, widzę to. Wtorek – kropelki wody na szczoteczce do zębów oraz mokre klapki pod prysznicem. Środa – zabłocona para adidasów tuż przy wejściu. A przecież wcale nie pada… Zastanawiam się, kim ona właściwie jest. Nie mam obsesji. Po prostu jestem ciekawa.

W czwartek pukam do jej pokoju. Może Sądecka, a właściwie Angelika (dlaczego mam zwracać się do niej po nazwisku?), jest zbyt nieśmiała, by wyjść z inicjatywą. A przecież trzeba napić się piwa, zamienić kilka słów, ustalić jakieś zasady, żeby wytrzymać ze sobą kolejny rok akademicki. Pukam mocniej. Nikt nie odpowiada. Od czwartku próbuję codziennie. W sobotę nie idę do pracy. Czekam całą dobę… Przecież musi wyjść do toalety, do sklepu. Zaczynam się niepokoić, czy w ogóle żyje.

W niedzielę rano wchodzę do łazienki i widzę na półce nad zlewem dwie szczotki do włosów. Gotuje się we mnie – przecież mam taką samą. Popularna, tania szczotka, którą można kupić w Rossmanie pod akademikiem. Czy Angelika weszła do mnie do pokoju i ją zabrała? Przecież ja zawsze czeszę się u siebie, przy oknie. Na pewno jej tu nie przeniosłam. Wracam do pokoju, czuję jak z wściekłości palą mnie policzki. Szukam śladów szperania. Może coś jeszcze zginęło? Po chwili dostrzegam swoją szczotkę do włosów na parapecie, tam gdzie zwykle. Nic już nie rozumiem.

Nie daje mi to spokoju. Postanawiam, że jeżeli do wieczora Angelika się nie pokaże, wejdę do jej pokoju. Przez całą niedzielę siedzę, nie mogę znaleźć sobie miejsca. Próbuję coś oglądać na laptopie, czytać, ale czas nie chce przyspieszyć. Koło osiemnastej nie wytrzymuję – wychodzę do aneksu kuchennego, pociągam za klamkę pokoju obok. Drzwi nie ustępują. Wracam do siebie i szukam wsuwki. Grzebię chwilę w zamku (już kiedyś to robiłam, gdy zgubiłam klucz). Słyszę kliknięcie. Ekscytacja uderza mi do głowy. W końcu się dowiem, kim ona jest!

To, co widzę na tapczanie, na pierwszy rzut oka przypomina stertę rzuconych bezładnie szmat. Gdy podchodzę bliżej, wygląda bardziej jak guma o kolorze ludzkiej skóry. Guma zaczyna się poruszać, falować. Chwilę później wyłania się z niej szara breja. Drżę, ale nie mogę odejść. Nie chcę odchodzić.

Pulsująca substancja wznosi się jak wzburzone morze. Obserwuję ją z fascynacją. Jest… piękna. A jednocześnie tkwi w niej coś obrzydliwego. Chyba to ten kolor przypominający rzekę, która zgarnęła z brzegu wszystkie nieczystości. Brudna woda pełna mułu i gałęzi. Substancja wznosi się jeszcze wyżej. Jest na wysokości mojej twarzy. Boże, zaraz mnie…

***

Spojrzałem w lustro. „Co za szpetna gęba” – podpowiedziało jedno z ludzkich wspomnień. Rodziliśmy się czyści. Bez przemyśleń, bez własnej woli. Zwierzęcy instynkt, który kazał szukać ciała żywiciela. „Tabula rasa” – podpowiedziało kolejne wspomnienie. Może tego nauczyciela, w którym byłem miesiąc temu? Może. Nieważne.

Prawdziwa twarz. Bryła gliny, mułu, wodnistej substancji. Przyglądałem się swojemu obliczu. Ilu było takich jak ja? Nie wiedziałem, a ze wspomnień żywicieli niewiele potrafiłem na ten temat wywnioskować. Nikt nie widział, nikt nie kojarzył. Mogłem się tylko domyślać. Jednak im więcej postaci przyjmowałem, tym więcej zyskiwałem wiedzy, która pozwalała mi rozumieć. Co mogłem zrobić, żeby żyć normalnie w swojej postaci, nie przyjmując ludzkiej powierzchowności?

Byłem pasożytem. Nie lubiłem tego określenia. Kojarzyło mi się z insektami wysysającymi krew. Ja potrafiłem znacznie więcej. Byłem sumą emocji i zapisów pamięciowych osób, z których korzystałem. Których wykorzystywałem? Stawałem się coraz silniejszy, a wraz z ich jestestwem przejmowałem jeszcze coś. Coś, co tkwiło w każdym z nich – pragnienie władzy i bycia ważnym. Wierzyłem, że gdy przejmę wystarczającą ilość ciał, odnajdę sposób, jak to osiągnąć.

Wiele rzeczy robiłem metodą prób i błędów. Ta dziewczyna, którą spotkałem w niedzielę, w ciemnej alejce parku, gdy pełzłem między cieniami… Odczytałem z niej schematy zachowań. Ściągnąć buty po wejściu do domu, położyć szczotkę na półce w łazience. Ponieważ poprzedni żywiciel mieszkał sam, nie do końca wiedziałem na czym polega ten schemat. Położyłem więc drugą. Unikałem rozmów, gdyż odczytałem z głowy dziewczyny, że zazwyczaj jej słowa postrzegane są jako głupie. Niepoważne. Szkoda więc tracić czasu.

Gdy zamieszkałem w tamtym pokoju, zobaczyłem również tę drugą. Często ją obserwowałem. Nie zawsze w ciele. Czasami przemykałem się w cieniu, by móc dokładniej widzieć. I choć obiecywałem sobie, że nie będę brał nowego ciała bez potrzeby (dowiedziałem się, że marnotraw-stwo jest niedopuszczalne, jeżeli chce się osiągnąć sukces). Ona sama przyszła. Przyszła i zobaczyła mnie takim, jakim jestem. Postanowiłem więc, że ponownie odrzucę swą twarz, na którą nikt jeszcze nie jest gotowy, i stanę się maską. Poczekam. Będę cierpliwy.