fbpx

Edycja 2019 - miejsce II - Anna Kłodnicka – Kamienie

1

Przekładam je z ręki do ręki. Szary i podłużny. Biały i owalny. Niebieski jak niebo. Przezroczysty jak szkiełko. Srebrny niczym Rój. Duży, z ostrą końcówką, kiedyś zabarwiony czerwienią. Żółty i kanciasty. Niemal okrągły, o kolorze trawy.

Kamienie mają tę zaletę, że – w przeciwieństwie do ludzi – nie umierają. Pozostaną ze mną aż do końca. Moje skarby, moi wierni towarzysze. Moja największa pasja. Ponownie biorę do ręki szary i podłużny. Uderza we mnie fala wspomnień.

2

Tego dnia ojciec po raz pierwszy od moich narodzin pozwolił mi wyjść na dwór. Spojrzałem na ziemię i sięgnąłem między źdźbła trawy. Trzymałem w dłoni coś szarego i podłużnego.

– Co to? – spytałem.

– Kamień.

– Piękny – szepnąłem. – Na zawsze znajdzie miejsce w moim sercu.

 Ojciec zaniósł się śmiechem. Spojrzałem pytająco, chcąc wiedzieć, co wywołało taką wesołość.

– Kiedyś ci powiem, synu – obiecał. – Kiedyś ci powiem.

I powiedział, chociaż musiałem na to poczekać. Ach, te lata. Sporo się zdarzyło, zanim pojawił się Srebrny Rój.

3

Na początku sądziłem, że poza mną i ojcem nie istnieje nikt inny. Jednak w murze dookoła ogrodu odkryłem furtkę. Spytałem, dokąd prowadzi. Ojciec niechętnie podzielił się prawdą.

– Byłem genialnym wynalazcą, synu. Król zapragnął posłuchać śpiewu słowika zimą. Skonstruowałem więc mechanicznego ptaka. Wyglądał jak żywy. Potem był mechaniczny pies. Aż władca zażądał mechanicznego człowieka.

– Człowieka?!

– Pracowałem długo – kontynuował ojciec. – W końcu powiedziałem władcy, że nie dam mu tego, czego chce. Popadłem w niełaskę. Musiałem zniknąć z jego oczu. Na szczęście los wtedy obdarzył mnie tobą, więc wygnanie mnie nie smuciło. Tu jesteśmy bezpieczni. Nie wychylaj się.

Jednak nie wytrzymałem. Pewnej nocy wykradłem klucz do furtki. Miasto było przepiękne. Tyle budynków i przestrzeni. Spacerowałem niemal całą noc. Czułem się wspaniale.

Wracając, podniosłem kamyk. Biały i owalny. Kiedy sięgałem ku furtce, nie zauważyłem nikogo w pobliżu. Ale ktoś tam musiał stać, wtopiony w mrok.

4

Zjawili się godzinę później. Było ich trzech. Zauważyłem cienie skradające się za oknem i zaalarmowałem ojca. Wyjął z szuflady przyrząd niewiele większy od dłoni, zakończony rurką.

Gdy ludzie wbiegli do sypialni, ojciec skierował urządzenie w ich stronę. Huknęło, a człowiek osunął się na ziemię. Po dwóch huknięciach pozostali też padli martwi. Rurka dymiła.

– Kim oni są? – wykrztusiłem.

– Ludzie króla. Nie rozumiem, dlaczego przybyli teraz. Po tylu latach!

Ze wstydem przyznałem się, w jaki sposób spędziłem większość nocy.

– Zniszczyłeś wszystko – powiedział ojciec. – Ale nie czas na wymówki. Nie pozwolę, by cię zabrali.

– Oni chcą mnie?! Dlaczego?

– Bo należysz do mnie. Król nie zapomniał, że istnieję. Skoro dałeś znak życia, postanowił działać. Utrata ciebie to jedyny sposób na skrzywdzenie mnie. Uciekamy. Spakuj to, co najcenniejsze, synu.

Najpierw spakowałem kamienie.

5

Zatrzymaliśmy się dopiero na końcu świata. Wioska była mała. Dalej pyszniła się pustynia, a nad nią wysokie góry.

– Góry Krańca. Nikt nigdy ich nie zdobył – rzekł ojciec. – Nie wiadomo, co jest po drugiej stronie.

Zamieszkaliśmy w tym ubogim zakątku. Nie ufano nam. Byliśmy obcy. Dzieci wytykały mnie palcami. Wystarczyło, że się zbliżałem, a rzucały w moją stronę kamieniami. Bolało mnie, że używają jako broni czegoś, co było dla mnie takie ważne.

Zdziwiłem się, gdy kiedyś do mojego szałasu zapukała mała dziewczynka.

– Nazywam się Eila. Lubisz kamienie – stwierdziła, wręczając mi jeden niebieski jak niebo. – Wszyscy to wiedzą. A ja lubię ciebie. Chcę zostać twoją przyjaciółką.

Została. Bawiliśmy się wspaniale, rozmawiając przez całe dnie o wszystkim i o niczym. Była dla mnie jak młodsza siostra. Do czasu. Pewnego dnia zobaczyłem biegnącą matkę Eili. Splunęła mi w twarz.

– Dlaczego? – spytałem.

– Zabiłeś ją.

– Kogo zabiłem?

Wyciągnęła w moją stronę dłoń i pokazała kamień przezroczysty jak szkiełko. Sięgnąłem po niego.

– Weszła do wody. Nurt zbił ją z nóg. W woreczku na szyi miała to. Szukała kamieni. Umarła dla ciebie.

Kobieta rzuciła się na mnie i zaczęła okładać pięściami. Pozwoliłem jej na to. Stałem nieruchomo, nawet nie próbując się zasłonić. Popełniła samobójstwo następnego dnia. Połknęła dużą garść trujących jagód.

6

Oczywiście wygnano nas z wioski. Gdy dotarliśmy do innej, w miarę przyjaznej, Pani wypuściła na świat Srebrny Rój.

Niebo było pełne chmur. Nagle rozległ się warkot. W powietrzu zamajaczyła srebrna mgiełka. Gdy dotarła bliżej, przypominała rój malutkich os. Błyszczące drobiny zaczęły tańczyć dookoła nas. Parę osób krzyknęło z bólu. Część padła od razu, część przeżyła mimo choroby. Patrzyłem, jak z ich uszu wypływa krew, z ust toczy się piana. Mimo otaczającego mnie bólu schyliłem się i podniosłem kamień. Srebrny niczym Rój.

7

Ojciec zgasł cicho pewnej nocy. Złożyłem zwłoki w płytkim dole. Obok grobu leżało wiele kamieni, ale nie podniosłem żadnego. Nie chciałem mieć przy sobie czegoś, co by mi przypominało o tej smutnej chwili.

Ruszyłem w drogę. Znalazłem obozowisko pełne chorych ludzi. Przyjęli mnie. Rozmowa zeszła na Rój.

– Pani wypuściła go, by nas oczyścić – mówił brodaty mężczyzna. – Ci, którzy umierają, padają przed nią na kolana, a potem ruszają w tany. Znika zło, pozostaje tylko taniec. Jesteśmy niegodni, ale kiedyś też będziemy tańczyć.

– Bzdury – zaprzeczyła jedna z kobiet. – Rój nadszedł z chmur. Słyszałam szum z góry.

– Inni ludzie to zrobili – dodał pewien staruszek. – Przylecieli na ogromnych ptakach zza gór i zrzucili truciznę.

– To nie były istoty człowiecze, tylko potwory. Miały ogromne oczy i długie pyski.

– Gdy zobaczycie Panią, zrozumiecie, że to ja mam rację – odezwał się na powrót mężczyzna z brodą.

Słuchając ich, znalazłem kamień. Żółty i kanciasty. Pozwala mi wspominać ludzi, za którymi tęsknię. Ale wiem, że są teraz szczęśliwi, tańcząc z Panią.

8

Miałem dużo czasu. Przekroczyłem Góry Krańca. Zobaczyłem cuda. Nie sądziłem, że mogą istnieć tak duże i piękne budowle. W porównaniu z tą cywilizacją nasza była po prostu żałosna.

Zacząłem natykać się też na ciała, które miały gigantyczne oczy, a także podłużne paszcze. Jednak okazało się, że to maski, pod którymi kryli się zwykli ludzie. Taka ochrona nie pomogła im uciec przed Srebrnym Rojem.

Znalazłem wtedy kamień. Niemal okrągły, o kolorze trawy. Przypomina mi o ludziach, którzy byli bardziej rozwinięci od nas, ale i tak przegrali z mocą Pani.

9

Pani czeka na mnie od lat. Niemal słyszę jej śmiech. Prawie czuję oddech na karku i dotyk palców na policzku. Gdzieś na granicy pola widzenia niemalże spostrzegam postać z długą spódnicą łopoczącą na wietrze.

Poczeka jeszcze długo. Czemu? Bo ojciec odwalił kawał świetnej roboty. Przed śmiercią opowiedział mi wszystko. Jednak stworzył sztucznego człowieka, tyle że pokochał go, więc nie oddał władcy. Moja miłość do kamieni? Wiąże się z tym, co ojciec dla żartu umieścił w mej piersi. Poświęcił dla mnie tak wiele. Dla zmyślnego mechanizmu wprawionego w ruch. Dla kawałka metalu, w którym tkwi kamienne serce.

 

Patrzę na kolekcję kamieni. Kiedyś je porzucę. Każde urządzenie musi się przecież zużyć. Wtedy ujrzę Panią Roju w pełnej krasie, ale nie uklęknę przed nią. Wezmę ją za rękę, a potem razem poprowadzimy ludzi ku wiecznemu tańcowi.