fbpx

Edycja 2019 - miejsce III - Łukasz Marciniak – Wszystko zależy od punktu słyszenia

Bernard usłyszał alarm, zanim ktokolwiek w Azylu zdołał wychwycić najdrobniejszy szmer wśród drgań powietrza. Gdzieś na granicy percepcji zarejestrował stłumiony dźwięk, który przeplatał się z chrapaniem jego dziadka, Algernona. Staruszek zacharczał i zbudził się z drzemki.

– Słyszysz to? – zapytał Bernard.

Algernon wytężył słuch, ale dopiero po kilku chwilach dotarł do niego odległy jazgot.

W Azylu alarm rozbrzmiewał tak często, że niektórzy zaczęli go całkowicie ignorować. Zapewne ktoś wymknął się na zewnątrz lub po prostu ostrzegano przed nadejściem istot z wielkich pustkowi. Codzienność. Kto jest na tyle głupi, by opuszczać schron w takiej chwili?

W całym Azylu tylko Algernon widział świat zewnętrzny, chociaż do tej pory skąpił o nim informacji.

– Ech, Bernardzie – westchnął. – Wiesz czego najbardziej w życiu żałuję?

Chłopak wzruszył ramionami.

– Że do końca pozostałem tchórzem. Wybrałem bezpieczną klatkę. Schron. Nie chcę, żebyś zmarnował życie w taki sposób.

Bernard słuchał zmieszany, lecz Algernon kontynuował po kilku chrząknięciach.

– Wiele razy mogłem spróbować ucieczki. Teraz jestem już za stary. Pierwsze, co słyszę po przebudzeniu, to kroki zbliżającej się śmierci. Za to ty – wskazał palcem na wnuka – ty nie musisz tu tkwić. I jest coś, o czym nikomu nie mówiłem. Bałem się, ale nie chcę zabierać tego sekretu do grobu.

Umysł Bernarda przestał rejestrować dźwięk alarmu, chociaż ten rozbrzmiewał teraz tak głośno, że każdy mieszkaniec Azylu musiał go słyszeć.

– Jesteśmy tu z powodu klątwy. Klątwy, którą możesz zdjąć. Ale żeby to zrobić, będziesz musiał opuścić schron. Na zawsze.

Ta myśl wzdrygnęła Bernardem i zaczął rozpaczliwie szukać wymówki.

– Dziadku, przecież istoty nikogo nie przepuszczą. To samobój…

– Spójrz na mnie – przerwał mu Algernon. –  Żałuję każdej sekundy spędzonej w tej dziurze, a niewiele mi ich zostało. Istnieje sposób, aby się uwolnić. Musisz tylko, ekhm… – Algernon rozkaszlał się. – Musisz wyprowadzić upiory poza granicę Miasta Srebrnych Wież.

Bernard zastygł z pytaniem na ustach, ale zauważył, że jego dziadek wskazuje na coś dłonią. W kącie izby leżało pudełko. Przyniósł je Algernonowi, lecz ten powstrzymał go gestem.

– Otwórz je. To, co znajduje się w środku, będziesz musiał zjeść przed wyruszeniem w drogę.

Chociaż przysłowie głosiło, że przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę, powaga na twarzy Algernona zdawała się mówić, że połknięcie tego obiektu jest znacznie ważniejsze.

– Nazywają go kamieniem Regota. Pozwala widzieć rzeczy, które zazwyczaj są odrzucane przez umysł.

Bernard przyjrzał się przedmiotowi. Zdecydowanie zbyt miękki na kamień. Ciemny, obły kształt mieścił się w jego dłoni.

– Zazwyczaj boimy się tego, czego nie widać – kontynuował Algernon. – Ale kiedy już zobaczysz istoty, nie próbuj walczyć. Nie uciekaj. Masz im spojrzeć w oczy i poddać się, a wtedy one poddadzą się tobie. Nie pozwalaj im odejść. Same odejdą w odpowiednim momencie.

Wzrok Algernona utkwił w martwym punkcie, a jego świadomość zaczęła błądzić w meandrach wspomnień. Po chwili cmoknął, jakby jakiś trybik w jego mózgu właśnie się odblokował.

– Pamiętasz jeszcze kołysankę, którą nuciła ci kiedyś mama? Nauczyła się jej ode mnie. Chciałbym, żebyś nosił tę melodię w pamięci.

Bernard nic z tego nie rozumiał, ale dziadek widząc zmieszanie wnuka, uśmiechnął się i powiedział:

– Poradzisz sobie. Pamiętaj, co ci mówiłem o upiorach.

Bernard został jeszcze chwilę przy dziadku, który wkrótce zasnął. Dźwięk alarmu ucichł.

Algernon zmarł dwa dni później. Jego wnuk nadal próbował przetrawić górę nowych informacji, ale postanowił wykonać ostatnią wolę dziadka i jak najszybciej opuścić schron. Kiedy nikt nie kręcił się przy wyjściu z Azylu, zaczął mocować się z wielkim głazem, który ustąpił po dłuższym wysiłku. Bernard przeżuł kamień Regota i ruszył w drogę.

Kręty tunel prowadził w górę, ale w końcu pojawił się pas bladego światła na ziemi. Otwarta przestrzeń. Tym razem nie trzeba było wielkiego wysiłku, aby skruszyć resztki zmurszałej ściany.

Widok na Miasto Srebrnych Wież sprawił, że Bernarda na chwilę opuścił strach. Po obu stronach szerokiej drogi znajdowały się rzędy słupów różnych rozmiarów. Srebrne wieże. Najmniejsze były wielkości wędrowca, a największe tak wysokie, że ledwo sięgał wzrokiem ich szczytu. Powoli ruszył przed siebie.

Wokół panowała głucha cisza, a żadnych istot nie było widać. W oddali widniały dwa rzędy wież, które w przeciwieństwie do pozostałych były kanciaste i ciemne. Miały jednak wspólną cechę z resztą budowli – nie posiadały drzwi. Bernard zastanawiał się, w jaki sposób upiory przedostają się do wnętrza wież. Wpełzają przez podziemia? Latają? Nie potrafił wymyślić żadnej sensownej odpowiedzi. I wtedy po raz pierwszy poza Azylem usłyszał alarm.

Dźwięki zaatakowały jego słuch znacznie mocnie,j niż się spodziewał. Stał na środku drogi, zupełnie osłupiały, z sercem bijącym jak dzwon. Chciał się schować za jedną z wież, ale przypomniał sobie radę dziadka. “Nie próbuj walczyć, nie uciekaj”. Czekał na bieg wydarzeń.

Pierwsza istota uniosła się w powietrzu nad jedną z pobliskich budowli. Wyglądała jak smuga dymu z twarz podobną do ludzkiej, ale nienaturalnie ściągniętą w dół, tak że oczodoły sięgały do wysokości ust. Pojawiło się więcej upiorów. Otaczały Bernarda ze wszystkich stron, ale on walczył jedynie ze swoim instynktem przetrwania. Spoglądał istotom prosto w oczy, jakby chcąc im dać do zrozumienia, że znaczą dla niego mniej niż natrętne muchy.

Bernard ruszył w stronę bramy Miasta Srebrnych Wież, która dorównywała wysokością najwyższym z budowli. Przeszedł przez szczelinę uchylonych wrót.

***

Kiedy z bocznego wejścia do wnętrza organów wyskoczyła mysz, siedzący przy kontuarze muzyk nawet nie zwrócił na nią uwagi. Gryzonia dręczyły upiory, których nikt poza nim nie widział, więc ogrom katedry nie zrobił na nim szczególnego wrażenia. Na dobrą sprawę nie wiedział gdzie teraz iść i zaczął błądzić po wnętrzu kościoła.

Tymczasem organista wykonał już kilka utworów. Może fakt, że żaden człowiek go nie słuchał, sprowadził na niego rozleniwienie, ale uznał, że zagra jeszcze jedną, najprostszą etiudę i skończy dzisiejszą porcję ćwiczeń.

I wtedy do uszu myszy dotarła znajoma melodia. Kołysanka, o której mówił jej dziadek tuż przed śmiercią. Gryzoń przypomniał sobie odległe wspomnienia z dzieciństwa i nawet nie zauważył, jak upiory odstępują go, wracając do wnętrza organów.

W dźwięki etiudy wplótł się potworny dysonans. Organista osłupiał ze zdziwienia i odskoczył od klawiatury. Kiedy się obrócił, zobaczył, że na środku nawy stoi człowiek i dopiero po chwili poznał w jego twarzy coś znajomego. Przypomniał sobie wypowiedziane dwa lata temu słowa. “Prędzej zacznę fałszować własną etiudę, niż zdejmę klątwę z twojego rodu”.

Ogarnięty przerażeniem organista wybiegł z katedry, a Bernard w ludzkiej postaci stał na środku, wlepiając wzrok w instrument, za którym jeszcze niedawno mieszkał. Podszedł do kontuaru i zaczął grać. Muzyka z jego palców spływała z taką łatwością, jakby sam Algernon, przeklęty przez rywala kompozytor, brał udział w jej tworzeniu.

 

Dźwięk alarmu rozbrzmiewał we wnętrzu katedry. Bernard znowu słyszał go znacznie lepiej niż jakikolwiek mieszkaniec Azylu.